©Ernest Jezionek. All rights reserved. 

Get out media your home

‒ cmentarzysku małż, połamanych muszli wyrzuconych przez nocny sztorm.

Wilgotny piasek uginał się pod ciężarem butów, spowalniał ruchy. Szum uspokajał, dłonie lekko poruszały się wzdłuż ciała, palce beztrosko zwisały w powietrzu. Wnętrze rękawiczek wypełnił zapach fal.

Jedna z nich wdrapała się na plażę, Gabriela uskoczyła w tył. Przypomniała sobie zabawę z dzieciństwa. Podeszła bliżej i na mokrym piasku napisała słowo „JA”. Nie musiała długo czekać, by jedna z fal zmazała napis. Stanęła trochę dalej i wyrysowała stopą ten sam napis: „JA”. Wiedziała, że to zbyt blisko, ale musiała jakoś wciągnąć morze w grę. A ono podjęło wyzwanie, wysuwając język i zlizując po chwili z mokrego piasku znaki. W końcu nadszedł moment próby. Odsunęła się poza granicę przyboju i wyryła głęboko piętą „JA”.

Czekała. Woda wdzierała się na brzeg, lecz wracała zrezygnowana i znikała w toni. Gabriela triumfowała, ale było za wcześnie, by odtrąbić zwycięstwo. Złożyła ręce do modlitwy i nerwowo postukiwała palcami. Skóra na dłoniach zwilgotniała, wnętrze rękawiczek wypełniła nadzieja, która wypchnęła woń melancholii na zewnątrz. Postanowiła przeczekać jeszcze dwie kolejne fale: jedna, druga i...

Zjawił się on. Popchnął trzecią, wypiętrzył jej grzbiet i spłaszczył czoło. Przelała się przez zaporę z muszli i wypełniła ślad na piasku. Potem z wolna wycofała się w głąb obojętnego morza.

Gabriela patrzyła na wsiąkające w tło plaży „JA”. Ręce opadły jej bezwiednie, a dłonie w bezpiecznej powłoce zamarły. Podniosła wzrok. Po lewej stronie widziała domy rybackie i sylwetki trzech mężczyzn stojących przy łodziach, po prawej puste molo. Do przystani miała zaledwie dwadzieścia metrów, wystarczyło przejść plażę, kupić rybę i drogą przy Domu Zdrojowym wrócić na przystanek. Spojrzała pod nogi. Jej „JA” zniknęło.

Fragment  tekstu z opowiadania pt. "Gabriela".

Stanęła przy linii przyboju