©Ernest Jezionek. All rights reserved. 

Get out media your home

Wiedziała, że niedługo życie zwolni ją z posady sekretarki, więc się śpieszyła. Kazała zapisać dawkowanie lekarstw, dni wizyt u lekarzy, irytowała się, że nie nadążam. Ponaglała, a ja myliłem się i znów poprawiałem cyfry numeru telefonu do przychodni. Przemierzaliśmy mieszkanie, zaglądając w miejsca, które mijałem do tej pory obojętnie. Uczyła mnie robić pranie, tłumaczyła, gdzie znajdę proszek, gdzie odłożyć czystą pościel i ręczniki. Mówiła szybko, a gdy kończyła, kazała powtórzyć. Nie wszystko pamiętałem, choć słuchałem jej pilnie, bez wypowiadanego pod nosem „znów ględzi”, którym zwykle usprawiedliwiałem swój brak zaangażowania.

Byliśmy razem pięćdziesiąt dwa lata, ponad pół wieku współistnienia. Na naszej drodze pojawiały się kolejne pomniki trwania – ślub, narodziny syna i córki, wnuk. Codzienność cementowała nasze życie. Z czasem byliśmy jak kołtun, kłąb splątanych przeżyć, pokryty brudem i słowami, którymi mówiliśmy do siebie przez lata. Tego nie dało się już rozdzielić, ułożyć w pasemka równoległych zdarzeń. Nie było tam nas, byliśmy my i nasze sprawy, a w nich ‒ coraz mniej mnie.

Bierność bierze się z braku wiary w potem. Gdy się rozgości na dobre, chce zawładnąć każdym ruchem, znęca się nad silną wolą i zmusza do kłamstw, byle tylko ukryć swą słabość. Traci energię na wymówki, by maskować ucieczkę. Każdy ma miejsce, dokąd może uciec, choć jako niewolnik dobrych i złych chwil nie oddala się zazwyczaj daleko. Krysia nie dociekała, co robię tak długo w piwnicy. Wystarczyło powiedzieć: „porządki”. Obojętność przyśpieszyła znikanie.

Gdyby się zainteresowała, może rzadziej bym tam zaglądał?

 

Fragment  tekstu z opowiadania pt. "Terfren".

Przez ostatnie dwa miesiące uczyła mnie samodzielności.