©Ernest Jezionek. All rights reserved. 

Get out media your home

Rok temu nauczyciel z uczniami przychodzili po lekcjach i porządkowali teren. Podnosili nagrobki z ziemi, czyścili i opierali o drzewa. Zbierali śmieci i grabili zeschnięte liście. Syn też chciał.

– Nie ma nic lepszego do roboty, niż latać po krzakach?! – mamrotał pod nosem, gapiąc się w telewizor. – Jeszcze jakiegoś kleszcza złapie!

– Spokojnie – uspokajałam męża. – Nic mu nie będzie. A poza tym to świetny sposób, żeby poznał historię miasta.

– Eee, też mi sposób. Jakby nie było muzeów i książek – upierał się, a we mnie wzbierała złość.

– Im należy się pamięć! Czy możesz to zrozumieć?

– E tam. Od tego są instytucje, żeby dbały o takie miejsca.

Czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Chciałam jeszcze powiedzieć, że nie mają nikogo, kto by o nich zadbał, że z roku na rok napisy na płytach bledną i już niedługo znikną, a oni rozpłyną się w niebycie.

– Zrobi, jak uważasz – zakończyłam zrezygnowana.

Poszedł. Po powrocie pokazał zdjęcia: grupa gimnazjalistów stojąca na tle nagrobków.

– Ten po lewej z łopatą to ja – dodał wyraźnie zadowolony.

Syn skończył szkołę, jego klasa rozeszła się po liceach, a ich praca poszła na marne. Czas i ludzie spowodowali, że cmentarz wrócił do poprzedniego stanu. Nagrobki porozrzucano, do starych pęknięć dołączyły nowe. Odłupane kawałki z nazwiskami i imionami leżały w trawie. Ta szczęśliwie pozostała nieruszona, przetrwała kolejną nawałnicę barbarzyństwa. „Günter Buttner” – czytam powoli niewyraźny napis. Słychać dźwięk karetki wyjeżdżającej z pobliskiego szpitala.

 

Fragment  tekstu z opowiadania pt. "Günter".

Cmentarz znajduje się niedaleko szkoły.