©Ernest Jezionek. All rights reserved. 

Get out media your home

Jej ręka szukała klucza, lecz nadaremnie. W kieszonkach sukienki wiało pustką. Tak wiele od niego zależało ‒ trzymał w zamknięciu mieszkańców klatki lub pozwalał im wyjść. Małpy szybko się połapały, że jest przepustką do chwili szczęścia, biletem do podniebnych wypraw. Gdy nadarzała się okazja, przekręcały klucz w bezwolnym zamku i uciekały. Dzisiaj nie musiały się nawet starać, drzwi były otwarte, wyszły przy jego milczącej aprobacie.

Hubert szlochał. Nad jego głową widziała oburzoną twarz ojca. Chciała zawołać: Lucy, Luke! Do domu! Posłuchałyby jak zwykle i zawróciły, ale nie mogła wydobyć z ust ani słowa. Stojąc nieruchomo, modląc się w duchu, by nikt jej nie rozpoznał, wodziła wzrokiem za uciekającymi napowietrzną drogą małpami.

Wróciły na dach swojej kamienicy, usiadły przy kominie i rozglądały się po okolicy. W dole, na rogu An der Schneidemühle i Altstädtischer Graben, widziały rozczochrane czupryny dzieci i czapki dorosłych na zadartych głowach. Przed sobą miały spadzisty dach zakładu konfekcji Eichmann & Henning, a dalej kamienicę Frederika Schnella z piekarnią obok. Nad nią górowała spadzista konstrukcja domu rzeźnika Kleina, wystająca niczym lodowa góra na pofalowanym morzu dachówek, rozciągającym się w stronę Motławy – niedościgniona i niezbadana przestrzeń, za którą widniał jak łańcuch Himalajów gmach Krajowego Urzędu Pracy i Poczty Polskiej przy Heveliusplatz. Wyżej wznosił się olbrzymi zbiornik gazu na tle kanałów portowych. To tam pewnego dnia zawinął statek z egzotycznym towarem, a one, sprzedane, powędrowały w klatce w ręce pana Orczikowskiego, który podarował je córce.

 

Fragment  tekstu z opowiadania pt. "Lucy".

Halinka stała w tłumie gapiów i drżała z przerażenia.