©Ernest Jezionek. All rights reserved. 

Get out media your home

Nie zdążył wyjąkać odpowiedzi.

Leżał na przystanku przy Bramie Oliwskiej. Chwycił cylinder z ziemi i włożył go na głowę. Powoli wsparł się na lasce i próbował wstać. Nogi rozjechały się na śliskiej brei, upadł na tyłek. Siedział i zbierał siły. Podniósł się, przesuwając w górę plecami o słup ogłoszeniowy. Jego wzrok wędrował wzdłuż ugiętych nóg, przez dobrze zbudowany tors, aż po pochyloną głowę. Wyprostował się przed jasnowłosym mężczyzną trzymającym przewieszony przez ramiona drąg. Na jednym końcu siedział małpolud, a na drugim człowiek o podłużnej twarzy z głupkowatą miną. Ubrany w jednorzędowy garnitur i kapelusz na głowie przypominał Bruna. I był „kulą u nogi zdrowej części narodu” – jak głosiło hasło na plakacie.

Czy ja też? – zastanawiał się Bruno, idąc w kierunku domu. Przecież nie stoi w kolejce po zasiłek, nie żebrze. Chodzi na śluby i pogrzeby, towarzyszy ludziom w ich życiowych zakrętach, za co dostaje dobre słowo i drobne do cylindra. Potrzebują go! Przecież w całym mieście nie ma takiego drugiego jak on! Szedł wzdłuż Hagelberg i rozmyślał, a laska nerwowo podskakiwała, uderzając szpikulcem o nierówne płyty chodnika. Za skrzyżowaniem z Heinrich-Scholtz-Weg przy bramie cmentarza świętej Barbary spotkał kościelnego. Pośpieszył, by się przywitać, lecz mężczyzna nawet nie drgnął, tylko patrzył na niego w milczeniu.

– Mamo! – krzyknęła idąca z naprzeciwka dziewczynka. – Czy to głupi Bruno?

 

fragment  tekstu z opowiadania pt. "Bruno".

Konduktor chwycił Bruna za ramię i pociągnął w stronę drzwi.