©Ernest Jezionek. All rights reserved. 

Get out media your home

Zdawało mi się, że półkolisty kosz ożył. Poruszyła się dźwignia i kolejna czcionka uderzyła błyskawicznie o taśmę. Potem następna i następna, aż moje palce instynktownie ruszyły w pogoń.

Izolacja programowa – słyszałem wyraźny stukot – chcę być samowystarczalna, żyć w samotności. Lecz ile można przeżyć trupich niedziel, gdy żadne spojrzenie na mnie nie baczy? Chciałam pójść do kina z kimś, zaprosiłam dyrektorową, lecz ona nie przyszła. Próbowałam czytać, płacząc w kocie futro, i z każdym kolejnym wersem zanurzałam się w stan duszy samobójczy...

Nie, Stacha nie zabiła się, ja też bym nie dał rady. Do tego trzeba mieć odwagę jak mój ojciec, który w pewien listopadowy wieczór poszedł na wiadukt i rzucił się w dół. Gnój, zostawił mnie i brata na pastwę dziadków (matka odeszła kilka lat wcześniej). Chyba odziedziczyłem po nim gen melancholii, bo często myślę o śmierci. Boję się jej jak cholera, tak bardzo jak życia.

 

Fragment  tekstu z opowiadania pt. "Stacha".

Przycisnąłem klawisz palcem wskazującym prawej ręki.